Kontaty miedzyludzkie..

Go down

Kontaty miedzyludzkie..

Pisanie  Go?? on Sob Lut 25 2012, 08:32


JESLI CHCESZ ZEBRAC MIÓD, NIE PRZEWRACAJ ULA


Emocje zwiazane z najwiekszym w historii Nowego Jorku posagiem siegnely szczytu 7 maja 1931 roku. Po tygodniach poszukiwan Crowley, rewolwerowiec znany jako „Pistolet-abstynent", zostal osaczony przez policje w mieszkaniu swojej przyjaciólki na West End Avenue.


Stu piecdziesieciu policjantów i detektywów przy­puscilo atak na jego mieszczaca sie na ostatnim piet­rze kryjówke. Wykuli dziury w dachu i usilowali wykurzyc stamtad Crowleya, „postrach policjantów", przy pomocy gazu lzawiacego. Gniazda karabinów maszynowych byly ustawione na dachach sasiednich budynków. Dobrze ponad godzine w jednej z najele­gantszych dzielnic mieszkaniowych Nowego Jorku rozbrzmiewaly serie wystrzalów i kanonada z broni maszynowej. Crowley, ukryty za miekkim fotelem, nie przestawal strzelac do policjantów. Bitwie przy­gladalo sie dziesiec tysiecy podnieconych ludzi. Ni­gdy przedtem nie widziano czegos podobnego na ulicach Nowego Jorku.


Kiedy Crowley zostal schwytany, komisarz E. P. Mulrooney oswiadczyl, ze ten uzbrojony desperat jest najniebezpieczniejszym przestepca w historii Nowe­go Jorku. „On zabija zupelnie bez powodu" — powie­dzial komisarz.


A jak ocenial siebie sam Pistolet? Kiedy policja pod oslona ognia przebijala sobie droge do mieszkania, w którym sie zabarykadowal, napisal list otwarty. Zamiast podpisu zostawil purpurowe slady krwi. Crowley pisal: „Bije we mnie serce znuzone, ale delikat­ne — serce, które nie wyrzadziloby nikomu zadnej krzywdy."


Nieco wczesniej siedzial wraz z dziewczyna w sa­mochodzie na bocznej drodze za Long Island. Nagle do samochodu podszedl policjant i spytal: „Czy mógl­bym zobaczyc panskie prawo jazdy?"


Crowley bez slowa wyciagnal rewolwer i wystrzelil wszystkie kule z magazynku do policjanta. Kiedy ten upadl. Pistolet wyskoczyl z samochodu, chwydl jego re­wolwer i oddal jeszcze jeden strzal do lezacego twarza do ziemi policjanta. I ten wlasnie morderca napisal, ze bije w nim „serce znuzone, ale delikatne — serce, które nie wyrzadziloby nikomu zadnej krzywdy".


Crowleya skazano na krzeslo elektryczne. Czy wchodzac do celi smierci w Sing Singu przyznal, ze spotyka go kara za zabijanie ludzi? Nie; oto co powie­dzial: „Spotyka mnie kara za to, ze sie bronilem."


Tak wiec Crowley-Pistolet nie winil sie absolutnie za nic.


Czy to niezwykle w przypadku przestepców? Jesli tak sadzisz, to posluchaj:


Spedzilem najlepsze lata mojego zyda dostarcza­jac ludziom róznych przyjemnosd, pomagajac im dobrze sie bawic, a wszystko, co w zamian dostaje, to obelgi i zyde sciganego zwierzecia."


Tak mówil o sobie Al Capone. Tak, ten najbardziej znany amerykanski wróg publiczny, najbardziej zlo­wieszczy gangster, jaki kiedykolwiek pojawil sie w Chicago. Capone nie czul sie winny. Uwazal sie nawet za dobroczynce — nie docenionego i nie rozu­mianego dobroczynce.


Podobnie sadzil o sobie Dutch Schultz — ten, któ­ry zginal od kul gangu w Newark. Dutch Schultz, jeden z najbardziej znanych szczurów Nowego Jorku, powiedzial w wywiadzie prasowym, ze jest dla spole­czenstwa dobroczynca. I rzeczywiscie w to wierzyl.


Korespondowalem na ten temat z Lewisem Lawe-sem, który przez wiele lat byl straznikiem w nieslaw­nym nowojorskim wiezieniu Sing Sing. W jednym z listów Lawes napisal:


Tylko kilku sposród kryminalistów w Sing Singu uwazalo sie za zdeprawowanych. Sa oni tak samo ludzmi, jak pan czy ja. Mysla wiec i tlumacza sie. Za­wsze moga wyjasnic, dlaczego musieli rozpruc sejf al­bo nadsnac spust. Wiekszosc z nich usiluje za pomoca logicznego lub bezsensownego rozumowania uspra­wiedliwic swoje antyspoleczne zachowanie, chocby przed samym soba. Niezlomnie i konsekwentnie u-trzymuja, ze wcale nie powinni zostac uwiezieni."


Jesli Al Capone, Crowley, Dutch Schultz, a takze wszyscy d zdesperowani ludzie za murami wiezien nie winia sie za nic, to co mysla o sobie ludzie, z któ­rymi spotykamy sie ty i ja?


John Wanamaker, zalozydel sklepów, które nosza jego imie, wyznal kiedys: „Trzydziesci lat temu na­uczylem sie, ze glupota jest zrzedzic. Mialem dosc klopotów i bez gryzienia sie faktem, ze Bogu nie po­dobalo sie równo obdarzyc nas inteligencja."


Wanamaker doszedl do tego wczesnie, natomiast ja sam musialem bladzic po tym swiede przez jedna trzecia stulecia, zanim zaczelo mi switac w glowie, ze w 99 przypadkach na sto ludzie nie dostrzegaja swo­jej winy, nawet jesli jest ona olbrzymia.


Krytykowanie jest bez sensu, poniewaz zmusza do obrony i zwykle powoduje, ze zaczynamy sie uspra­wiedliwiac. Jest niebezpieczne, gdyz rani nasza dume, poczude wartosci i budzi niechec.


Cieszacy sie swiatowa slawa psycholog B. F. Skinner udowodnil eksperymentalnie, ze zwierze nagradzane za dobre zachowanie nauczy sie o wiele wiecej i szyb­ciej oraz zachowa wyuczona wiedze na dluzej niz zwierze karane. Pózniejsze badania wykazaly, ze doty­czy to takze ludzi. Krytykujac innych nie zmieniamy ich, czesto natomiast powodujemy trwala uraze.


Inny wielki psycholog, Hans Seyle, powiedzial kie­dys: „Akceptacji pragniemy tak bardzo, jak nienawi­dzimy potepienia."


Uraza i niechec spowodowane krytyka moga tylko zdemoralizowac pracowników, czlonków rodziny i przyjaciól; nie zmienia tego, co juz sie stalo.


George B. Johnston z Enid w Oklahomie jest inspe­ktorem bhp w pewnym przedsiebiorstwie budowla­nym. Do jego obowiazków nalezy miedzy innymi dopilnowanie, aby pracownicy nosili kaski na budowie. Kiedys napotykajac robotnika bez kasku sucho i oficjal­nie przypominal mu o obowiazujacym zarzadzeniu. Zyskiwal tyle, ze robotnicy sluchali go z ponura mina i zdejmowali kaski zaraz po jego odejsciu.


Postanowil wiec zmienic metode. Kiedy spotykal robotnika bez kasku, pytal przede wszystkim, dlacze­go go nie nosi. Potem dopiero przypominal mu w przyjacielski sposób, ze kask chroni przed wypadka­mi podczas pracy. Dzieki temu postepowaniu czesciej stosowano sie do zarzadzenia bez urazy i niepotrze­bnych emocji


Od swiadectw próznej krytyki az roi sie na kartach historii. Wezmy na przyklad slynna sprzeczke pomie­dzy Teodorem Rooseveltem a prezydentem Taftem, która podzielila Partie Republikanska, wyniosla Woodrowa Wilsona do Bialego Domu, odcisnela swe pietno na przebiegu pierwszej wojny swiatowej i zmienila bieg historii. Kiedy w 1908 roku Teodor Roo-sevelt ustepowal z Bialego Domu, popieral Tafta jako


swego nastepce. Potem Roosevelt wyjechal do Afryki i zajmowal sie polowaniem na lwy. Po powrocie wpadl w szal. Potepil konserwatyzm Tafta i próbowal zapewnic sobie nominacje na trzecia kadencje, stwo­rzyl wlasna Frakcje Losia i nieomal doprowadzil do zniszczenia Starej Wielkiej Partii (Republikanskiej — przyp. tlum.). W nastepnych wyborach William Howard Taft i Partia Republikanska zwyciezyli tylko w dwóch stanach — Vermont i Utah. Byla to najwie­ksza kleska, jaka kiedykolwiek poniosla ta partia.


Teodor Roosevelt winil za to Tafta, ale czy ten ostat­ni czul sie winny? Oczywiscie — nie. Ze lzami w o-czach wyznal: „Nie wiem, jak móglbym postapic inaczej, niz to zrobilem."


Kogo wiec winic. Tafta czy Rooseyelta? Szczerze mówiac nie wiem i wcale o to nie dbam. Chce tylko pokazac, ze cala krytyka Teodora Roosevelta nie prze­konala Tafta, ze sie myli. Spowodowala jedynie, ze zapragnal on usprawiedliwic sie, i zmusila go do rejte­rady ze lzami w oczach: „Nie wiem, jak móglbym po­stapic inaczej, niz to zrobilem."


A wezmy afere paliwowa Teapot Dome. Sprawila, ze na poczatku lat dwudziestych gazety az grzmialy Wstrzasnela calym krajem! Nic podobnego nie zd rzylo wczesniej w amerykanskim zyciu publiczny]
a przynajmniej nikt z zyjacych tego nie pamietal. A c podstawowe fakty. Robertowi B. Fallowi, ministrów -spraw wewnetrznych w gabinecie Hardinga, powie­rzono przeprowadzenie leasingu rzadowych rezerw ropy w Elk Hill i Teapot Dome, które przeznaczano dla marynarki wojennej. Czy sekretarz Fali oglosil przetarg? Nic podobnego! Podarowal ten tlusty kon­trakt swemu kumplowi, Edwardowi L. Doheny'emu. A ten udzielil sekretarzowi Fallowi „pozyczki", jak to nazwal, w wysokosci stu tysiecy dolarów. Nastepnie sekretarz Fali nakazal komandosom Stanów Zjedno-


czonych usunac konkurentów, których szyby sasiado­waly z rezerwami w Elk Hill i czerpaly z nich rope. Ci natomiast, wyrzuceeni ze swoich wlasnych terenów pod grozba bagnetów i karabinów, udali sie do sadu odkrywajac kulisy afery Teapot Dome. Zrobil sie taki smród, ze legla w gruzach administracja Hardinga, lu­dziom w calym kraju zbieralo sie na wymioty. Partii Republikanskiej grozil zupelny krach, a sam Albert B. Fali wyladowal za kratkami.


Potepiono go bezlitosnie —jak niewielu polityków w calej historii. Czy przyznal sie do winy? Nigdy w zyciu! Wiele lat pózniej Herbert Hoover powiedzial w publicznym przemówieniu, ze smierc prezydenta Hardinga spowodowalo zalamanie psychiczne po zdradzie przyjaciela. Slyszac to pani Fali podobno poderwala sie z krzesla, zaczela plakac nad swoim lo­sem, wymachiwac piesciami i krzyczec: „Co?! Har-ding zdradzony przez Falla? Nie! Mój maz nigdy nikogo nie zdradzil. Caly ten dom pelen zlota nie zdo­lalby skusic mojego meza! To on zostal zdradzony, zaprowadzony na rzez i ukrzyzowany!"


Mamy wiec ludzka nature w calej okazalosci: wi­nowajcy oskarzaja wszystkich prócz siebie. My jestes­my tacy sami. Kiedy podkusi nas jutro, zeby kogos skrytykowac, przypomnijmy sobie Ala Capone'a, Crowleya i Alberta Falla. Trzeba sobie zdac sprawe, ze krytyka, podobnie jak oswojone golebie, zawsze wra­ca do domu. Trzeba uswiadomic sobie, ze ludzie, któ­rych skrytykujemy i potepimy, najprawdopodobniej chcac sie wybielic chocby przed soba obwinia nas. Al­bo jak delikatnis Taft powiedza: „Nie wiem, jak mógl­bym postapic inaczej, niz to zrobilem."


Rankiem 15 kwietnia 1865 roku umierajacy Abra­ham Lincoln lezal w sypialni taniego pensjonatu do­kladnie naprzeciw Teatru Forda, gdzie strzelal do


niego John Wilkes Boom.


Lincoln lezal po przekatnej zapadajacego sie lózka, które bylo dla niego o wie­le za krótkie. Na scianie wisiala tania reprodukcja ob­razu Rosy Bonheur


Konski targ,


a lampa gazowa rzu­cala dokola ponure, zóltawe swiatlo.


Nad takim „smiertelnym lozem" Lincolna sekretarz obrony Stanton stwiendzil: „Oto najdoskonalszy wladca ludzi, jakiego kiedykolwiek nosila ziemia."


Jaki sekret dotyczacy kontaktów z ludzmi posiadl Lincoln? Studiowalem jego zyciorys przez 10 lat, a 3 lata poswiecilem na pisanie i uzupelnianie ksiazki


Lincoln the Unknown


(Lincoln nieznany). Jestem prze­konany, ze przeprowadzilem najdokladniejsze bada­nia nad osobowoscia i zydem Lincolna, jakie tylko mozna bylo przeprowadzic. Specjalna uwage poswie­cilem jego kontaktom z ludzmi. Czy pozwalal sobie krytykowac innych? O/ tak! Jako mlodzieniec w Pi-geon Creek Valley w Indianie nie tylko krytykowal, a-le równiez pisywal wyszydzajace ludzi wiersze i listy, które zostawial na drogach tak, aby na pewno je zna­leziono. Niejeden z nich spowodowal uraze, która tlila sie przez cale zycie.


Nawet gdy rozpoczal praktyke adwokacka w Springfieid w Illinois, otwarcie atakowal swoich przeciwników w listach publikowanych na lamach gazet. Raz jednak przebral miare.


Jesienia 1842 roku wyszydzil próznego i awantur­niczego polityka nazwiskiem James Shieids. Opubli­kowal w miejscowej gazecie anonimowy paszkwil. Miasto ryczalo wprost ze smiechu. Drazliwy i dumny Shieids wrzal z wscieklosci. Dowiedzial sie, kto jest autorem listu, dosiadl konia, odszukal Lincolna i wy­zwal go na pojedynek. Lincoln nie chcial sie bic. Byl przeciwnikiem pojedynkowania sie w ogóle, jednak odmowa bylaby plama na honorze. Mial prawo wy­boru broni. Ze wzgledu na swoje dlugie rece wybral


palasze i zaczal pobierac lekcje szermierki u absol­wenta West Point. W wyznaczonym dniu spotkal sie z Shieidsem na piaszczystej lawie Missisipi gotowy do walki na smierc i zycie. Jednak w ostatniej chwili se­kundanci nie dopuscili do pojedynku.


Bylo to najtragiczniejsze wydarzenie w zyciu osobi­stym Lincolna. Okazalo sie bezcennym doswiad­czeniem w kontaktach z ludzmi. Nigdy wiecej nikogo nie wyszydzil. Od tego tez czasu niemal przestal kryty­kowac.


Podczas wojny domowej Lincoln stawial ciagle in­nego generala na czele armii Potomaku. Kazdy z nich po kolei — McCIellan, Pope, Bumside, Hooker i Mea-de — popelnial straszliwe pomylki, doprowadzajac Lincolna do wscieklosci. Polowa narodu gwaltownie potepiala niekompetentnych generalów, a Lincolno­wi „bez zlosci do zadnego i z wyrozumialoscia dla wszystkich" udawalo sie zachowac spokój. Z upodo­baniem powtarzal: „Nie sadz, bys nie byl sadzonym."


Kiedy jego zona wraz z innymi ostro potepiala lu­dzi Poludnia, Lincoln niezmiennie odpowiadal: „Nie mów tak; w podobnych okolicznosciach my bylibys­my tacy sami."


A przeciez nie mógl narzekac na brak okazji do krytykowania. Wezmy tylko jeden przyklad.


Bitwa o Gettysburg toczyla sie przez pierwsze trzy dni lipca 1863 roku. W nocy z 4 na 5 lipca, kiedy Lee zaczal wycofywac sie na poludnie, z ciezkich chmur lunal na ziemie deszcz. Dotarlszy wraz ze swoja po­konana armia nad brzeg Potomaku, Lee ujrzal wez­brana, niemozliwa do przejscia rzeke, a za soba mial zwycieska armie zolnierzy Unii. Lee nie mial odwro­tu, wpadl w pulapke. Lincoln wiedzial o tym. Oto Niebiosa zeslaly wspaniala okazje pojmania armii Lee i natychmiastowego zakonczenia wojny. Pelen opty­mizmu Lincoln rozkazal generalowi Meade'owi na­


tychmiast zaatakowac poludniowców, bez zwolywania rady wojennej. Rozkaz wyslal telegraficznie, a nieza­leznie pchnal do Meade'a specjalnego poslanca z za­daniem natychmiastowego dzialania.


A co zrobil general Meade? Postapil dokladnie wbrew rozkazom Lincolna. Zwolal rade .wojenna, tym samym lamiac jawnie polecenie. Odwlekal atak z dnia na dzien. Telegraficznie przekazywal rozmaite wyjasnienia, az wreszcie odmówil wykonania roz­kazu. W koncu wody cofnely sie i Lee wraz z armia przeprawil sie przez Potomac.


Lincoln byl wsciekly.


Co to ma znaczyc? — wykrzykiwal do swojego syna Roberta. — Wielki Boze, co to ma znaczyc? Mielismy ich jak na dloni. Wystarczylo tylko wyciag­nac reke i byli nasi. A jednak nie moglem sprawic, by armia sie ruszyla. W tych warunkach chyba kazdy ge­neral pokonalby Lee. Gdybym mógl tam byc, wy-chlostalbym Meade'a wlasnymi rekami!


Gorzko rozczarowany Lincoln napisal list do Mea­de^. A trzeba pamietac, ze w tym okresie Lincoln byl skrajnie powsciagliwy w wyrazaniu swych opinii na pismie. List ów, pochodzacy z 1863 roku, byl szczy­tem nagany. A oto on:


Mój Drogi Generale!


Nie sadze, aby zdawal Pan sobie sprawe z o-gromu nieszczescia, jaki spowodowala ucieczka Lee. Byl on w zasiegu naszej reki, a schwytanie go, wobec naszych ostatnich sukcesów, oznaczaloby koniec wojny. Teraz jednak wojna bedzie sie ciag­nac w nieskonczonosc. Jesli nie byl Pan pewien skutecznosci ataku na Lee w ubiegly poniedzia­lek, jak dokona Pan tego teraz, gdy udajac sie na poludnie od rzeki wezmie Pan ze soba najwyzej dwie trzecie sil, którymi dysponowal Pan wów-


czas? Byloby nierozsadnym oczekiwac, i wcale tego nie oczekuje, ze zdziala Pan teraz wiele. Stra­cil Pan zyciowa szanse i jest mi z tego powodu bardzo przykro.


Jak sadzisz, co zrobil Meade po przeczytaniu tego listu? Otóz Meade nigdy nie otrzymal tego listu. Lin­coln nigdy go nie wysial. List znaleziono w papierach juz po jego smierci.


Wydaje mi sie — i chyba jest to jedyne mozliwe wyjasnienie — ze po napisaniu tego listu Lincoln wyj­rzal przez okno i powiedzial sobie: „Chwileczke! Mo­ze nie powinienem dzialac pospiesznie. Latwo mi siedziec w zaciszu Bialego Domu i wydawac Mea-de'owi rozkaz do ataku. Gdybym jednak byl pod Get-tysburgiem i widzial tyle krwi co Meade w ciagu ubieglego tygodnia, gdybym na wlasne uszy uslyszal krzyki i jeki umierajacych i rannych, moze tez nie byl­bym tak skory do ataku. Gdybym mial temperament Meade'a, moze postapilbym tak jak on. Tak czy owak, teraz to musztarda po obiedzie. Jesli wysle ten list, ulze tylko sobie i spowoduje, ze Meade zacznie szukac usprawiedliwienia. To z kolei sprawi, ze zacznie mnie obwiniac. Wywola to jego sprzeciw, oslabi jego przy­datnosc jako dowódcy, a moze nawet doprowadzi go do rezygnacji ze sluzby w armii." Lincoln odlozyl wiec list, gdyz wiedzial z doswiadczenia, ze krytyka i wyrzuty niemal zawsze prowadza donikad.


Teodor Roosevelt powiedzial, ze kiedy jako prezy­dent mial do rozwiazania trudny problem, zwykl sia­dac w fotelu i spogladajac na duzy portret Lincolna, który wisial nad jego biurkiem w Bialym Domu, zada­wac sobie pytanie: „Co zrobilby Lincoln na moim miejscu? Jak on rozwiazalby ten problem?"


Kiedy w przyszlosci podkusi nas, aby kogos upo­mniec, wyjmijmy z portfela pieciodolarowy banknot,


popatrzmy na wizerunek Lincolna i zapytajmy: „Jak Lincoln poradzilby sobie z tym problemem?"


Mark Twain od czasu do czasu tracil panowanie nad soba i pisal listy, które papier ledwie wytrzymy­wal. Kiedys na przyklad napisal do czlowieka, który nadepnal mu na odcisk: „Jedyne, co ci pozostaje, to zalatwic pozwolenie na pochówek. Powiedz slowo, a dopilnuje, aby wystawiono je dla ciebie." Innym ra­zem w liscie do wydawcy skomentowal prace redak­tora, który usilowal poprawic jego „ortografie i interpunkcje", jak sie wyrazil. „Zostaw wszystko zgodnie z moim maszynopisem i dopilnuj, aby ten re­daktor zatrzymal swoje sugestie w papkowatej masie wlasnego spróchnialego mózgu."


Pisanie tych zjadliwych listów poprawialo samopo­czucie Marka Twaina. Dawal w ten sposób upust na­pieciu, jednak nie wyrzadzal nikomu krzywdy, po­niewaz zona Twaina potajemnie wyjmowala je z wysy­lanej korespondencji. Nigdy nie docieraly do adresata.


Czy jest ktos, kogo chcialbys zmienic, poinstruo­wac, ulepszyc? Bardzo dobrze! Swietnie! Jestem za! Ale dlaczego nie zaczniesz od siebie? Z czysto egois­tycznego punktu widzenia jest to o wiele bardziej ko­rzystne niz próby ulepszania innych — i o wiele mniej niebezpieczne. „Nie narzekaj na snieg na dachu two­jego sasiada, kiedy twoje wlasne schody nie sa czyste" — przestrzegal Konfucjusz.


Kiedy bylem jeszcze mlody i ze wszystkich sil pró­bowalem wywrzec na ludziach wrazenie, napisalem glupi list do Richarda Hardinga Davisa, wówczas znaczacej postaci w literackim krajobrazie Ameryki. Przygotowywalem artykul o pisarzach i chcialem, a-by Davis opowiedzial mi o swoich metodach pracy. Kilka tygodni wczesniej otrzymalem od kogos innego list z dopiskiem na dole: „Nie czytalem po podykto­waniu." Zrobilo to na mnie wrazenie. Pomyslalem, ze


autor listu musi byc niezwykle zajetym i bardzo waz­nym czlowiekiem. Ja sam nie bylem ani troche zajety, ale chcac zrobic wrazenie na Richardzie Hardingu Da-visie, zakonczylem swój list takim samym dopiskiem:


Nie czytalem po podyktowaniu."


Nie zadal sobie trudu, by odpowiedziec na mój list. Zwrócil mi go po prostu z nastepujacym dopiskiem na dole: „Panskie zle maniery przewyzszaja jedynie pan­skie zle maniery." To prawda, strzelilem okropna gafe i z pewnoscia zasluzylem sobie na to upomnienie. Jednak, co ludzkie, poczulem sie obrazony. Dotknelo mnie to tak bardzo, ze kiedy w dziesiec lat pózniej przeczytalem o smierci Richarda Hardinga Davisa je­dyna mysl, jaka przyszla mi do glowy, to — wstyd sie przyznac — wspomnienie rany, która mi zadal.


Nawet zupelnie pewni, ze mamy racje, jesli zechcemy obrazic kogos tak, ze bedzie o tym pamietal przez dzie­siatki lat i nie wybaczy nam do smierci — po prostu za­fundujmy mu odrobine jadowitej krytyki.


W kontaktach z ludzmi musimy pamietac, ze nie sa to istoty kierujace sie logika. Mamy do czynienia z is­totami powodowanymi emocjami, pelnymi uprze­dzen i dumy wynikajacej z próznosci.


Zjadliwa krytyka sprawila, ze Thomas Hardy, jeden z najlepszych powiesciopisarzy, jacy kiedykolwiek pisali po angielsku, na zawsze zarzucil pisanie prozy;


angielskiego poete Thomasa Chattertona doprowa­dzila do samobójstwa.


Benjamin Franklin, calkowicie pozbawiony taktu w mlodosci, stal sie takim dyplomata/ tak nauczyl sie obcowac z ludzmi, ze mianowano go ambasadorem we Francji. Sekret jego sukcesu? „Nie powiem zle o nikim, a bede mówil wszystko dobre, co wiem o kaz­dym" — to byla jedna z jego zasad.


Krytykowac, potepiac i narzekac potrafi kazdy glupiec — i wiekszosc glupców to robi. Ale aby zro­


zumiec i darowac, potrzeba charakteru i samokon­troli. „Wielki czlowiek pokazuje swoja wielkosc przez sposób, w jaki traktuje maluczkich" — powiedzial Carlyle.


Slynny pilot oblatywacz Bob Hoover, czesto startu­jacy w pokazach powietrznych, wracal kiedys do domu w Los Angeles z pokazu w San Diego. Na wy­sokosci trzech tysiecy stóp nagle przestaly pracowac obydwa silniki. Magazyn „Flight Operations" opisuje cale to zdarzenie. Dzieki zrecznym manewrom Hoo-verowi udalo sie wyladowac i nikomu nic sie nie sta­lo, ale maszyna ulegla calkowitemu zniszczeniu.


Pierwsze, co zrobil Hoover po ladowaniu awaryj­nym, to sprawdzenie paliwa. Tak jak podejrzewal, smi­glowiec z czasów II wojny swiatowej, którym ledal, napedzany byl paliwem odrzutowym, a nie benzyna.


Po powrocie na lotnisko zazadal spotkania z me­chanikiem, który szykowal samolot do startu. Ten mlody czlowiek byl wrecz sparalizowany strachem z powodu bledu, który popelnil. Lzy nabiegly mu do oczu, kiedy zblizal sie Hoover. Przez niego przeciez ulegl zniszczeniu bardzo drogi samolot, a o maly wlos nie spowodowal smierci trojga ludzi.


Mozecie sobie wyobrazic zlosc Hoovera. Nalezalo sie spodziewac, ze dumny i dokladny pilot zrobi piekielna awanture za to niedopatrzenie. Jednakze Hoover nie zrugal mechanika. Nawet go nie pou­czyl. Zamiast tego polozyl swoja wielka reke na ra­mieniu mlodego czlowieka i powiedzial: „Poniewaz jestem pewien, ze nigdy wiecej tego nie zrobisz, pro­sze, abys jutro przygotowal do startu mojego F-51."

Go??
Gość


Powrót do góry Go down

Re: Kontaty miedzyludzkie..

Pisanie  Go?? on Sob Lut 25 2012, 11:03

Faktem jest ze pozytywne i budujące spojrzenie , nagradzanie choćby werbalne zdziala więcej niż ostra krytyka.
Wzmacnianie zachowań oczekiwanych nagroda i zauwazanie ich potrafi doprowadzic do ich zwielokrotnienia i częściowego wyparcia negatywnych reakcji.

Go??
Gość


Powrót do góry Go down

NIENAWIŚĆ

Pisanie  Go?? on Wto Lut 28 2012, 11:20

Nienawiść jest najsubtelniejsza formą gwałtu.
Autor: Charles Chaplin

Go??
Gość


Powrót do góry Go down

Re: Kontaty miedzyludzkie..

Pisanie  Sponsored content


Sponsored content


Powrót do góry Go down

Powrót do góry


 
Permissions in this forum:
Nie możesz odpowiadać w tematach